Categories
Uncategorized

KWIAT PAPROCI 18

KWIAT PAPROCI 18
Plawecki myslal intensywnie. Na czole perlily mu sie krople potu. Musial dokonac wyboru, ale zdawal sobie sprawe, ze nie ma innego wyjscia.
Sam pomysl o seksie ze staruszka napawal go, moze nie obrzydzeniem, ale na pewno niesmakiem. To bylo cos, co po prostu nie miescilo mu sie w glowie. Dmusa byla co prawda atrakcyjna, ale dawno temu. Bardzo dawno temu. Jednak alternatywa byla jeszcze gorsza.
Ten cholerny kutas rósl coraz szybciej i ani myslal przestac! Siegal mu juz za kolana. Jak tak dalej pójdzie, wyrosnie mu trzecia noga. A co bedzie, jak mu ta monstrualna pala stanie?! W jego ciele nie ma nawet tyle krwi! Mógl podjac tylko jedna decyzje.
Spojrzal na kaplanke. Sadzac po szerokim usmiechu, zdawala sobie sprawe, co sie dzieje w jego glowie. Ale nie mówila nic, ani tez go nie ponaglala. Doskonale wiedziala, ze nie ma innego wyjscia.
Westchnal ciezko.
– Dobrze wiec. Rób swoje.
Usmiechnela sie jeszcze szerzej.
– Rozdziej sie, a ja sie wszystkim zajme.
Zabrzmialo to tak dwuznacznie, ze az sie wzdrygnal. Z oporem sciagnal spodnie, a Dmusa sapnela z podziwu. Czlonek Plaweckiego siegal juz do polowy lydki. Byl najwyzszy czas, aby cos z tym zrobic.
Kaplanka zakrecila sie po izbie i wrzucila do paleniska garsc ziól. Po calej chacie rozszedl sie przyjemny zapach. Potem Dmusa przykleknela przed Plaweckim i, trzymajac w rece Korzen, wziela tez w dlon jego meskosc. Jednak w jednej garsci sie nie miescil. Zamknela go wiec w obu dloniach, przytulajac do niego Korzen.
Plawecki wzdrygnal sie. Dotyk kobiety byl zdecydowany, silny, ale tez delikatny. A Korzen wibrowal znajomo, budzac dreszcz emocji, a w uszach brzmial mu delikatny spiew, który slyszal juz wtedy, gdy znalazl go z Pustólecka.
Jakby szukajac uspokojenia, zerknal na Zejge. Siedziala nadal przy palenisku, nie zwracajac uwagi na to co sie dzialo, ale jej rumieniec poglebial sie coraz bardziej. Ku swemu przerazeniu, poczul lekkie mrowienie w jadrach. Tylko nie to! Z trudem odwrócil wzrok od dziewczyny i zerknal w dól, na Dmuse.
– Mam nadzieje, ze to nie bedzie bolesne? – spytal.
Ta podniosla na niego oczy.
– Nie – oznajmila krótko. – Nie obawiaj sie. Moja magia jest zupelnie inna.
– I nie bedzie mi znowu rósl? – upewnial sie.
– Ni. – zapewnila. – Gdy nadam mu zadany rozmiar, zostanie taki na zawsze.
Przelknal sline.
– I nie bedzie zadnych niespodzianek? Na pewno?
– No… – zastanowila sie. – Moze ci co najwyzej wylysiec.
– Ze co?! – podskoczyl – Jak to “wylysiec”?!
– Po prostu moga ci wszystkie wlosy miedzy nogami wypasc bezpowrotnie – wyjasnila. – Ale poza tym bedzie w porzadku.
Odetchnal. Taka alternatywa byla jeszcze do przyjecia.
– To i dobrze – stwierdzil. – Miejmy to wiec za soba.
Schylila sie ponownie nad problemem, ale zaraz uniosla glowe z powrotem.
– Rzeknij mi jeszcze, jakiej wielkosci chcesz go miec?
Plawecki otworzyl szeroko oczy.
– To mozesz o tym zdecydowac? – spytal z niedowierzaniem. – Znaczy… Mozesz nadac mu zadana wielkosc?
– Oczywiscie. To zadna sztuka. A wiec?
Plawecki zastanowil sie. Nie, nie ma co zadac jakiegos olbrzyma… Choc z d**giej strony… Kurwa, to ci dopiero dala mu zagadke! Az spocil sie z emocji. A Dmusa czekala cierpliwie, wciaz trzymajac go w dloniach. Wygladalo, jakby sie napawala otrzymana okazja. Taka gratka nie trafila sie jej pewnie od bardzo dawna.
– No? – ponaglila.
Zdecydowal sie i powiedzial. Powiedzial i pokazal. Uniosla brwi ze zdziwienia.
– Pewnys tego? Móglbys miec przecie…
– Tak! – potwierdzil. – Takiego wlasnie chce!
– Dobrze wiec – ponownie pochylila glowe. – Milcz teraz. Musze sie skupic.
Scisnela mocniej w dloniach Korzen i meskosc Plaweckiego. Mruczala pod nosem zaklecia, i Plawecki poczul, jak po plecach ponownie przebiega dziwne mrowienie, a Korzen sie rozgrzewa. Stawal sie tak goracy, ze az parzyl. Nie zdazyl jednak zareagowac, bo goraco minelo w ulamku sekundy i temperatura Korzenia gwaltownie spadla. Przez cala meskosc Plaweckiego przeszedl lodowaty dreszcz. A wiec odwrotnie, niz u Dragisy. Tam, jak pamietal, najpierw byl lód, potem ogien. No i bylo o wiele bardziej bolesnie. Tutaj nie. Jak obiecala Dmusa, caly zabieg przebiegal bezbolesnie. Jak do tej pory przynajmniej.
Wibracje Korzenia przybraly na sile. Zaczal mrozic jego meskosc i jadra tak mocno, ze Plawecki krzyknal glosno. Cos eksplodowalo mu pod czaszka i stracil przytomnosc. Gdy doszedl do siebie, ujrzal nad soba Zejge, ocierajaca mu twarz mokra szmatka.
– Co sie stalo? – wyszeptal, zapominajac ze dziewczyna mu przeciez nie odpowie.
– Nic – doszedl go gdzies z tylu glos kaplanki. – Juz po wszystkim. Paproc zrobila swoje. Ona nigdy nie zawodzi. Patrzy, osadza, nagradza i karze, jak mawiala moja babka.
Zdawalo mu sie, ze slyszal juz gdzies podobne slowa. Zerknal z niedowierzaniem w dól. Wygladalo na to, ze wszystko mial na swoim miejscu. Na dodatek dokladnie tak, jak sobie zazyczyl. Odetchnal z ulga, ale zaraz spojrzal z niepokojem na Dmuse.
Wokól kata, gdzie bylo poslanie, wieszala u powaly zaslony ze skór, odgradzajac ów kat od reszty izby.
– Poszlo lepiej, niz myslalam – mruknela. – Zadowolonys?
– O tak – zerknal ponownie w dól. – Jest idealnie.
Zamyslil sie na chwile.
– A nie bedzie innych niespodzianek? – spytal. – Znaczy… czy bedzie funkcjonowal, jak nalezy? No wiesz… Czy w ogóle bedzie stawal?
– Nie, wszystko bedzie, jak nalezy – spojrzala na niego filuternie. – Zreszta wkrótce sie przekonasz…
Przelknal sline i spojrzal z obawa na stara.
– To… kiedy chcesz…? Teraz, czy… eee… pózniej?
Dmusa wybuchnela smiechem. Smiala sie tak, ze az lzy lecialy jej z oczu.
– Mezczyzni! – wykrztusila. – Zawzdy jednacy.
– O czym ty mówisz? – spytal zdetonowany.
-Ech, przyjacielu – usmiechnela sie Dmusa. – Toc dobrze wiem, ze mlodemu zadna to frajda z taka stara baba. Mlódke wyobracac to insza rzecz.
Sluchal jej niecierpliwie, przygryzajac wargi ze zdenerwowania. Kaplanka kontynuowala.
– Kiedy chce, pytasz? – zawiesila glos, jak mu sie zdawalo, zlosliwie. – Teraz!
Plawecki zdretwial. Zauwazyla to oczywiscie i ponownie sie zasmiala.
– Ale to nie ze mna do loza pójdziesz… jeno z nia!!!
Wskazala reka na Zejge. Plawecki oslupial. Patrzyl z oklapnieta szczeka, to na kaplanke, to na rumieniaca sie uroczo dziewczyne i nie rozumial z tego absolutnie nic. Dmusa pospieszyla z wyjasnieniami.
– Jako rzeklam, nic mlodemu po starej babie w lozu. A nuz nie stanal by ci, jak potrza? Tak wiec to z nia uciechy zazyjesz, a ja bede czula wszystko to, co ona.
Skinela na wnuczke. Zejga podeszla do starej kaplanki. Ta polozyla jej dlon na czole i wyszeptala zaklecie. Powietrze na jeden moment zadrzalo, oczy obu kobiet rozblysly blekitem. Westchnely jednoczesnie i odsunely sie od siebie.
– Gotowe – stwierdzila stara. – Mozecie zaczynac.
– Zaraz, zaraz! – zaprotestowal Plawecki. – A co z nia?! Czy ona nie ma prawa za siebie decydowac? Nie mozesz tak po prostu jej kazac!
– Chwali ci sie, ze tak o jej czesc stoisz – stara kaplanka spojrzala na Plaweckiego z uznaniem. – Ale badz spokojny. To byl jej pomysl.
Wyszla, zasuwajac za soba zaslony, ale zaraz zajrzala z powrotem.
– Tylko delikatny badz. Ona nie tknieta przez mezczyzne jeszcze jest.
Zniknela, pozostawiajac ich samych.
Plawecki patrzyl chwile za nia, potem zwrócil wzrok na dziewczyne, która stala ze spuszczonymi oczyma. Firanki rzes przyslanialy jej kocie oczy, a poziom rumienca siegnal chyba zenitu.
– To naprawde byl twój pomysl? – spytal.
Pokiwala w milczeniu glowa. Stala tak chwile, potem nieoczekiwanie podniosla glowe. Patrzac prosto w oczy Plaweckiemu, zsunela z ramion suknie. Plawecki zaskoczony cofnal sie i opadl w dól, siadajac, zapewne przypadkiem, prosto na poslanie. Zejga stanela nad nim, prezentujac mu sie w calej okazalosci.
Plawecki patrzyl z podziwem na dziewczyne. Wygladala niesamowicie kuszaco w tej swojej niewinnej, dziewiczej nagosci. W odróznieniu od bujnych piersi Hanki i jej przyjaciólek, Zejga miala piersi drobne i spiczaste, za to o bardzo mocno sterczacych sutkach. Brzuch byl tak plaski i twardy, ze mozna by na nim wyrabiac ciasto. U zbiegu ud ledwo widoczny kielkowal puszek wlosów. I to byla kolejna rzecz, odrózniajaca ja od tamtych dziewczyn, obrosnietych dosc bujnie, a byly to przeciez jej rówiesniczki. Same nogi miala równie zgrabne, jak reszte ciala. Proste i smukle, a jednoczesnie umiesnione. Uda lsnily od soków, co stanowilo wybitny dowód na to, jak bardzo dziewczyna byla podniecona.
Skinal na nia i natychmiast przyklekla przy nim. Dotknal jej twarzy, wlosów i przyciagnal blizej. Pocalowal ja, bardzo delikatnie. Zarzucila mu rece na szyje i oddala pocalunek. Opadl na poslanie, ona opadla na niego. Calowala go troche niewprawnie, ale z wielka pasja. Gdy wsunal jej jezyk do ust, w pierwszej chwili omal go nie ugryzla, ale zaraz pojela o co chodzi. Odplacila mu tym samym i wpakowala mu swój jezyk do ust tak gleboko, ze omal sie nie udlawil. Musial ja pohamowac i powoli, slowami i gestami, pokierowal na wlasciwy tor. Calowali sie dalej, a ona mruczala jak kot. Wydawalo mu sie, ze podobne mruczenie dobiega gdzies zza zaslony.
Po dluzszej chwili oderwala sie od niego. Uniosla sie i z zainteresowaniem przyjrzala sie jego, sterczacej poteznie, meskosci. Obserwowal ja, drzac z podniecenia i czekal co zrobi. Zsunela sie miedzy jego nogi i zaczela go uwaznie badac. Dotknela go delikatnie, potem smielej i wreszcie zacisnela na nim dlon. Sapnal. Rzucila na niego okiem i ponownie wrócila do badan, jak dziecko sprawdzajace nowa zabawke. Wodzila dlonia wzdluz calej dlugosci, sciagajac skóre tam i z powrotem i rozsmarowujac sluz po czlonku. Potem nieoczekiwanie dotknela go lekko jezykiem. Plawecki podskoczyl. Takie nieporadne pieszczoty dziewczyny niesamowicie go podniecaly. Delikatne musniecia byly o wiele bardziej przyjemne, niz zdecydowane, ostre pieszczoty bardziej doswiadczonych kobiet. Smialo mogly zaprowadzic kazdego mezczyzne na szczyt szalenstwa.
Zejga przerwala mu te rozwazania, bo wreszcie, po dlugim namysle, wpakowala go sobie do ust. Niemal natychmiast sie zakrztusila. Wsunela go sobie do ust zbyt gleboko i ponownie Plawecki musial ja poprowadzic. Z poczatku szlo jej niezbyt dobrze, Co chwile zahaczala go zebami, a on wtedy podskakiwal, jak razony pradem. Bardzo szybko jednak nabrala wprawy i coraz bardziej zdecydowanie pracowala, ssac go i lizac. Plawecki zamknal oczy. Wiedzial, ze w tej sytuacji dlugo nie da rady.
Nie wytrzymal. Sapnal, podskoczyl i strzelil nasieniem zaskoczonej Zejdze prosto w twarz. Tez podskoczyla i zamrugala oczami. Odruchowo otarla twarz i wpatrywala sie z ciekawoscia w podrygujacy czlonek, wyrzucajacy z siebie kolejne strumienie nasienia. Ponownie sie otarla i ostroznie, z wahaniem, oblizala palce.
Plawecki oddychal z trudem, lecz jednoczesnie nie mógl wyjsc z podziwu. Ta dziewczyna byla wybitnie uzdolniona. Gdy nabierze wprawy, nie bedzie miala sobie równych. Zastanawial sie, czy przypadkiem nie robila juz tego wczesniej, ale odrzucil ta mysl, jako niedorzeczna. Nieporadnosc, z jaka brala sie do rzeczy wskazywala, ze zdecydowanie jest to jej pierwszy raz. No, chyba ze potrafila bardzo dobrze udawac. Ale to bylo do sprawdzenia. Najwyzszy czas, aby sie jej odplacic tym samym.
Chwycil zaskoczona dziewczyne i rzucil na poslanie. Zajrzal jej w oczy, a ona zadygotala w oczekiwaniu. Nachylil sie nad nia jeszcze nizej. Przymknela oczy i nadstawila usta, ale on zsunal sie nizej. Wpil sie ustami w jej szyje, potem dobral sie do jej piersi. Ssal delikatnie sterczace brodawki jej drobnych piersi, a ona jeczala cicho, tulac go do siebie. Podobne jeki dolecialy do niego zza zaslony. Teraz juz nie mial watpliwosci. Dmusa przezywala to samo, co jej wnuczka.
Pózniej Plawecki zsunal sie jeszcze nizej. Calowal delikatnie ten, cudownie plaski, brzuch, pokryty meszkiem wzgórek, wreszcie drzace w oczekiwaniu uda. Swoim zwyczajem, omijal na razie to najwazniejsze miejsce, pozwalajac, by pozadanie dziewczyny osiagnelo punkt kulminacyjny. Wtedy dopiero zanurzyl sie twarza w jej kobiecosc. Wpijal sie w nia ustami, wwiercal jezykiem, jak tylko potrafil najlepiej. Pomagal sobie delikatnie palcami, starajac sie przy tym, aby nie utracila zbyt wczesnie swego dziewictwa. Dziewictwa, które jak w koncu naocznie stwierdzil, posiadala bez zadnych watpliwosci.
Stwierdzenie tego faktu dalo mu dodatkowego bodzca. Zwiekszyl intensywnosc pieszczot, a smak jej niewinnosci sprawil, ze krecilo mu sie w glowie, jak od najlepszego wina. Dziewczyna drzala w jego uscisku, jeczac coraz glosniej z kazdym liznieciem, az w koncu krzyknela, wyprezyla sie i znieruchomiala. Identyczny krzyk zawtórowal jej z glebi chaty.
Plawecki odetchnal gleboko. Przy takich pieszczotach zawsze, predzej, czy pózniej, zaczynalo mu brakowac tchu. Spojrzal na dziewczyne. Z trudem dochodzila do siebie, ciezko dyszac. Nie dziwil sie temu. Pierwszy raz, z tak intensywnymi pieszczotami, musial mocno nia wstrzasnac. Ale nie zamierzal dac jej zbyt wiele wytchnienia. Z blyskiem w oku podsunal sie wyzej. Spojrzala na niego. Oczy miala jeszcze zamglone przezytym dopiero co orgazmem. Mimo to, gdy zorientowala sie co zamierza, jej twarz rozjasnila sie natychmiast w usmiechu.
Ulozyl sie wygodnie pomiedzy jej udami. Przylozyl czlonek do jej kobiecosci i delikatnie pchnal. Bez rezultatu. Pchnal ponownie, odrobine mocniej. Zaglebil sie troche, a Zejga syknela, krzywiac sie z bólu. Ponawial próby, wpychajac sie powoli coraz glebiej, z cala delikatnoscia, na jaka bylo go stac. Szlo mu to niesporo, mimo ze przeciez Zejga byla mocno wilgotna.
W koncu wsunal sie w nia calym czubkiem. Dziewczyna syczala, a z oczu lecialy jej lzy. Widzac to, chcial sie wycofac, ale zdeterminowana dziewczyna nie pozwolila mu na to. Oplotla go nogami i zdecydowanie wbila w siebie. Poczul, jak gdzies w jej wnetrzu cos peklo i wjechal w nia do polowy. Zawyla glosno, a lzy z jej oczu polecialy calymi strumieniami. Wrzask za zaslona byl jednak jeszcze glosniejszy. Stara kaplanka po raz d**gi przezywala utrate dziewictwa.
Zatrzymal sie. Czekal cierpliwie, az jej ból przeminie. Chcial, aby ten pierwszy raz, byl dla niej niezapomnianym przezyciem. Bezmyslne dziurawienie jej w takim momencie bylo zupelnie pozbawione sensu. Czekal wiec, az dziewczyna dojdzie do siebie, i bedzie mógl dalej dzialac.
Wkrótce Zejga otarla lzy, odetchnela i spojrzala na Plaweckiego z usmiechem. Widzac to tez odetchnal. Pocalowal dziewczyne i delikatnie zaczal sie w niej poruszac. Najpierw powoli, bardzo powoli, potem stopniowo, w miare jak oddech dziewczyny przyspieszal, przyspieszal i on. Nie wchodzil jeszcze do konca. Nie chcial jej przypadkiem urazic, a jego nowa meskosc moglaby sprawiac jej ból przy ostrzejszej jezdzie. Kontynuowal wiec i uwaznie obserwowal reakcje dziewczyny.
W miare uplywu czasu poczynal jednak sobie coraz smielej. Dziewczyna zaczela sie pod nim wic, krzyczec, a jej szeroko otwarte oczy przestaly wyrazac cokolwiek, poza bezgraniczna rozkosza. Przyspieszyl wiec i wbil sie do samego konca, nie zwazajac na podobne wrzaski dobiegajace zza skórzanych zaslon. Zaczal ja drazyc, wywolujac kolejne jeki i krzyki, które wydawaly obie kobiety w zgodnym dwuglosie. Widzac, ze dziewczyna zbliza sie do finalu, przestal sie powstrzymywac. Eksplodowal, a na plecach poczul jej paznokcie, wbijajace mu sie w skóre. Zejga szczytowala równoczesnie z nim. Objela go i oplotla nogami, przywierajac do niego tak bardzo, ze przypominali jedno cialo. Jednoczesnie wyla mu prosto do ucha, dygoczac w kolejnych spazmach. Wtórowala jej Dmusa.
Po wszystkim zsunal sie z dziewczyny i legl obok. Natychmiast przywarla sie do niego, wtulajac mu nos w zaglebienie obojczyka, a noge przerzucajac przez jego udo. Odpoczywali tak dluga chwile. W koncu dziewczyna podniosla sie i wyszla poza skórzane kotary Dmusy. Sama kaplanka natomiast zjawila sie na jej miejsce. Miala wyrazne problemy z zachowaniem równowagi, bo trzesace sie od nadmiaru wrazen starcze nogi, odmawialy jej posluszenstwa.
– No i co? – spytal, przeciagajac sie leniwie. – Jestesmy kwita?
– O tak! – zasapala i oparla sie bezwladnie o jeden ze slupów podtrzymujacych strop. – Zdecydowanie!
Wrócila Zejga. Przyniosla ze soba drewniany ceberek z woda i szmatke. Przyklekla obok Plaweckiego i delikatnie zaczela obmywac jego meskosc z krwi, nasienia i soków. Plawecki leniwie poddal sie tym zabiegom. Oczy zaczely mu sie kleic. Dopiero teraz poczul, jak bardzo jest zmeczony. Ten dzien byl w istocie bardzo ciezki. Najpierw walka o zycie z Kusajem, zaraz potem bitwa na placu, a teraz szalone igraszki z mloda dzikuska. Sam nie wiedzial na dobra sprawe, co bardziej go wyczerpalo.
Dmusa dostrzegla jego zmeczenie.
– Wyczerpanys bardzo – stwierdzila.
– O tak – oprzytomnial i spojrzal na kaplanke. – A jeszcze przed switem wyruszamy w droge.
– Idziecie ratowac tamta kobiete? – spytala stara, a Zejga nadstawila uszu.
– Idziemy po Kwiat – mruknal. – Ale po nia tez.
– Milujesz ja? – spytala Dmusa.
– Co?! – otworzyl szeroko oczy. – Nie! Nie kocham jej! Trafila tu razem ze mna, nie godzi sie jej bez pomocy zostawic!
Opadl na poslanie. Zejga, radosnie usmiechnieta, konczyla pielegnacje Plaweckiego. On sam robil sie senny coraz bardziej.
– Nie kocham jej – powtórzyl sennie. – Ta, która kocham, czeka na mnie i do niej wlasnie musze powrócic.
Dmusa nie odpowiedziala. Obrzucila tylko uwaznym spojrzeniem pobladla nagle wnuczke. Dziewczyna zgarnela swoje rzeczy i wyszla z pochylona glowa. Plawecki zasnal. Nie widzial wiec, jak po twarzy dziewczyny splywaja lzy.
*
Maslaw stal w promieniach wschodzacego slonca, w otoczeniu starszyzny i obserwowal z zadowoleniem wyczyny swoich wojów. Wojowie pacyfikowali wlasnie samotna zagrode, która wojsko Maslawa napotkalo na drodze. Jako ze wszelcy swiadkowie obecnosci wojska byli niepozadani, ksiaze bez wahania wydal paru dziesiatkom zbrojnych rozkaz do ataku. Teraz wojowie wychodzili ze skóry, by przypodobac sie wladcy i pokazac z jak najkrwawszej strony.
Którys rzucil na ziemie pólnaga kobiete i pchnal ja mieczem. Kobieta zawyla, chwytajac ostrze miecza. Wojownik pchnal jeszcze raz, przybijajac ja do ziemi. Wycie urwalo sie na najwyzszej nucie. Kawalek dalej kilku wojów sieklo toporami cialo mezczyzny. Trup trzymal jeszcze w zacisnietej kurczowo garsci widly. Opodal kobiety lezalo w trawie dwoje dzieci z roztrzaskanymi glówkami.
Sedzimir odwrócil wzrok. Nie lubil niepotrzebnego okrucienstwa. Wydawalo mu sie bezsensowne i niepraktyczne. Pod tym wzgledem podzielal poglady Msciwoja. Nie udalo mu sie jednak powstrzymac Maslawa od wydania tego rozkazu, a Msciwoja tu nie bylo. Zostal z paroma ludzmi, by sprawdzic tyly. Zreszta Msciwój byl tylko zwyklym wojem. Prawda, ze bardzo doswiadczonym i powszechnie szanowanym, ale tylko wojem. Gdyby tu byl, jedynie rozjuszyl by Maslawa swoim protestem.
Paru wojowników zapalilo pochodnie.
– Spalic to gniazdo do cna! – zawyli.
– Nie! – zaprotestowal stanowczo Maslaw. – Zadnego ognia!
Nie uslyszeli go. A moze nie chcieli uslyszec? Wciaz wyjac, skoczyli ku chacie. Gdy pierwszy z nich mial juz przytknac pochodnie do strzechy, blysnelo ostrze i reka trzymajaca pochodnie, odrabana przy lokciu, spadla w trawe. Jej wlasciciel ponownie zawyl, tym razem duzo cieniej i chwycil sie za tryskajacy krwia kikut.Pozostali wojownicy odskoczyli, patrzac z przestrachem na Maslawa, stojacego przed nimi z zakrwawionym mieczem w dloni.
– Rzeklem, zadnego ognia! – zagrzmial samozwanczy ksiaze. – Chcecie nam innych na kark sciagnac?! Toc dym, czy ogien na wiele mil wokolo bedzie widac!
Wojowie pospuszczali glowy, mruczac przeprosiny. Tylko ranny dalej jeczal na kleczkach, wpatrujac sie zszokowany w lezace przed nim odrabane przedramie. Paru towarzyszy pochylilo sie nad nim i zaczelo obwiazywac mu krwawiacy kikut.
– Zakonotowac sobie we lbach i innym zapowiedziec! – Maslaw rozejrzal sie srogo. – Kto podczas ataku kura czerwonego pod strzeche pusci, ten na gardle, jako za zdrade, karan bedzie!
Maslaw uspokoil sie powoli i juz spokojniej spojrzal na swoich ludzi.
– A poza ogniem, bedziecie mogli tam sobie pofolgowac – dodal pojednawczo. – Kazdego jednego Galinda do piekla wyslac mozecie, leb mu wprzódy odrabawszy. Zadnego milosierdzia dla tych morderców!
– Tak jest! – wrzasnal stojacy przy nim Scibor. – Zadnej litosci! Wybic wszystkich! Wybic do ostatniego!
Na ustach mial piane, a w oczach obled. Najblizsi sasiedzi odsuneli sie przezornie od niego na bezpieczna odleglosc. Scibor rozgladal sie tymczasem dziko dookola, sciskajac kurczowo miecz. Naraz jego wzrok padl na lezace w trawie cialka dzieci. Zamarl. Potem upuscil miecz, opadl na kolana i zaplakal. Czy smierc tych ludzi mogla mu wrócic córke? Sedzimir uklakl obok przyjaciela i objal go bez slowa. Pozostali odwrócili z zazenowaniem wzrok.
Maslaw tymczasem wydawal rozkazy.
– Ukryc ciala, by znaku po nich nie zostalo. Reszte sladów zatrzec. Ruszamy natychmiast. Zostawic tu dziesiatke luczników, by mieli oko na zagrode. Gdy kto podejdzie – ubic i zatrzec slady. Czekac maja, dopóki nie wrócim. A tego tutaj… – wskazal na rannego – …zabrac i opatrzyc nalezycie.
Wojownicy rzucili sie wypelniac rozkazy ksiecia. Kilku innych dzwignelo rannego i poprowadzilo w las. Wybrani lucznicy ruszyli w krzaki. Jedynie okaleczony wojownik rzucil Maslawowi nienawistne spojrzenie.
Wkrótce wszystko ucichlo i wokól zagrody zapanowal spokój. Na nowo rozspiewaly sie ptaki, gdzies zaterkotal dzieciol. Po galezi pobliskiego debu przebiegla wiewiórka. Nic nie wskazywalo na tragedie, jaka sie tu niedawno rozegrala. Nic tez nie zdradzalo obecnosci ukrytych w zaroslach zbrojnych.
Dobrze juz po poludniu, w zaroslach za zagroda, cos sie zaczelo dziac. Lucznicy poruszyli sie niespokojnie i scisneli mocniej bron.
– Czuj duch! – syknal dziesietnik. – Luki w dlon!
Z zarosli wyszedl rosly mezczyzna. Szedl w strone zagrody ostroznym, skradajacym sie, krokiem. Za soba prowadzil konia. Lucznicy obserwowali go uwaznie, a na ich twarzach pojawilo sie zdumienie.
– Przecie to Msciwój! – mruknal którys. – Wrócil!
– Zywo! Trza go uprzedzic, by dalej nie szedl!
Dziesietnik wysunal sie troche z krzaków i gwizdnal cichutko. Msciwój natychmiast go zauwazyl. machnal reka i po chwili byl juz wsród nich.
– Mówcie! – nakazal, nie bawiac sie w zadawanie pytan.
Strescili mu sytuacje. Msciwój zamyslil sie.
– Zabylech calkiem na smierc… – mruknal do siebie. – Przecie Galindowie samotnych zagród nie stawiaja, jeno sie kupy trzymaja. Zbyt sa znienawidzeni przez wszystkich, by samotnie zyc.
– Gdzie ciala tych, co tu zgineli?! – spytal ostro. – Mus mi je obejrzec zaraz!
– W bagno rzucilim – baknal którys bezradnie.
Msciwój zaklal. Rozwazal przez chwile cos w mysli, po czym zwrócil sie do starszego nad lucznikami:
– Poczekacie tu na reszte moich ludzi. Niedlugo beda, wyprzedzilem ich na koniu. Gdy nadejda, ruszycie natychmiast za nami.
– Ale ksiaze kazal… – jeknal którys.
– Nie rozumiecie?! – rozsierdzil sie Msciwój. – Ci tutaj to nie Galindzi, jeno Jacwingi! Na manowce nas wpuszczono! Trza szybko naszych powstrzymac, bo inaczej cala nasza wyprawa i wszystkie plany Maslawa w gówno sie obróca!
Dosiadl konia i ruszyl galopem. Po chwili zniknal zdumionym wojakom z oczu. Stali chwile w milczeniu.
– Rozumiecie cos z tego? – spytal którys dziesietnika.
– Ni chuja – mruknal tamten. – Wiem jeno tyle, ze jak Msciwój nie zdazy na czas i tego nie odkreci, to bedzie krucho z nami wszystkimi.
*

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *